O autorze
Wojciech Trzcionka, dyrektor wydawniczy i publicysta magazynu oraz portalu "Design Alive"

Jak Bronisław przyprawił rogi polskim modernistom

W jadalni plamoodporny nylonowy obrus oraz fikuśne doniczki z targu. Sala kominkowa zamieniona w pokoik myśliwski. Na ścianach poroża i portrety uśmiechniętej pary prezydenckiej w strojach narciarskich. Tak dziś wygląda perła polskiego modernizmu, rezydencja głowy państwa w Wiśle. Narcyzm? A może brak poszanowania dla naszego wspólnego dziedzictwa?

Zameczek Prezydencki w Wiśle wybudowany w 1931 roku za pieniądze ludu śląskiego w darze dla ówczesnego prezydenta RP Ignacego Mościckiego, zaprojektował znany przedwojenny architekt Adolf Szyszko-Bohusz, rektor krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Do pracy nad wnętrzami zaproszono m.in. słynnego projektanta Andrzeja Pronaszkę. Potem było już różnie.



Znam to miejsce od lat. W dzieciństwie rodzice przywozili mnie do Wisły, żeby opowiedzieć, że za wysokim ogrodzeniem, gdzieś za tymi drzewami jest Zameczek, w którym balują komunistyczni dygnitarze. Potem, gdy rezydencję przejęła kopalnia i stworzono w niej ośrodek wypoczynkowy, bawiłem się tu na weselu mojej siostry. Rezydencja była w opłakanym stanie. Piękne modernistyczne meble były rozklekotane i zniszczone, ściany odrapane a przez dziurawy dach lała się woda. Prezydent Lech Wałęsa nie był zbytnio zainteresowany przejęciem Zameczku. Miał ważniejsze sprawy na głowie. Nad Zameczkiem pochylono się dopiero za Aleksandra Kwaśniewskiego. I to za sprawą żony Jolanty, która zakochała się w tym miejscu, naciskała na jego renowację i w końcu dopięła swego. Zameczek znów świecił pełnym blaskiem, stał się prezydencką rezydencją, do której zaczęły zjeżdżać głowy państw i arystokraci z całego świata. Nawet Lech Kaczyński, początkowo niechętny Wiśle (bo w wyborach niemal całe miasto, jak jeden mąż zagłosowało za Tuskiem) z czasem przekonał się do tego miejsca. Miłością do rezydencji pała też Bronisław Komorowski. Bywa w nim bardzo często. A gdy go nie ma, każdy może przestąpić próg rezydencji i ją zwiedzić. I ja ostatnio, po raz kolejny, odwiedziłem. Chciałem pochwalić się kolegom z redakcji tym skarbem... niestety raz po raz rumieniłem się ze wstydu.



Gdy w międzywojniu po kilku latach od budowy Zameczku okazało się, że płaski, modny na ów czas dach w Beskidach się nie sprawdza, aż siedem lat trwała dyskusja z architektami, czy zmienić go na spadzisty. Co więcej każda decyzja, o wstawieniu najdrobniejszego mebla, była poprzedzona dyskusją i przemyślana. A jak jest dzisiaj? Kiedy pytam kustoszki, kto sprawuje pieczę nad rezydencją, czy jest tu jakiś naczelny kurator, ta bezradnie rozkłada ręce i zdaje się nie rozumieć sensu pytania... Niestety nikt nie pilnuje pierwotnego piękna. Efekt? Perła polskiego modernizmu samowolnie upstrzona jest prezydenckimi gadżetami - niezliczonymi zdjęciami pary prezydenckiej, trofeami myśliwskimi, donicami ze sklepu ogrodniczego i nylonowymi obrusami. Prezydent mówi: "zróbcie mi tu pokoik myśliwski" i służba pokornie słucha. Nie ma nikogo, kto zwróciłby uwagę głowie państwa, że choć to jego rezydencja, to jednak nie prywatny folwark.

Że jednak da się dbać o stan pierwotny, a wszelkie współczesne uzupełnienia są przemyślane, pokazuje przykład nieodległy. W ub. roku po renowacji (trwała dłużej niż budowa) otwarto dla zwiedzających Willę Tugendhatów – luksusowy dom jednorodzinny w Brnie, dzieło niemieckiego architekta Ludwiga Miesa van der Rohe, obiekt z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Willa w stolicy Moraw została zbudowana w latach 1929-1930 dla przemysłowca Fritza Tugendhata i jego żony Grety. Szybko stała się symbolem architektury modernistycznej. Od czasu jej ponownego udostępnienia, chętnych do zwiedzania jest tak dużo, że czas oczekiwania na otrzymanie wejściówek wynosi około miesiąca. Wewnątrz wszystko, od ścian, przez meble, aż po dodatki, pokazuje stan z okresu międzywojnia. Nie ma jednego przypadkowego przedmiotu. Nie ma jednego plastikowego gniazdka elektrycznego...

Można? Można, ale czemu nie u nas...

Trwa ładowanie komentarzy...